sobota, 26 maja 2012

Śledztwo

Co wiemy? Wiemy, że nieznani (na razie) sprawcy przejechali naszą piaszczystą drogą. Być może znawca byłby w stanie łatwo określić w którą stronę, ale ja tego nie potrafię. W każdym razie - przejechali nią od jednego (świeżo położonego) do drugiego (starego i dziurawego) asfaltu, na całej długości zostawiając nader charakterystyczny, niemożliwy do pomylenia ślad bieżnika. 

Przy (nowo położonym) asfalcie od strony południowej ślad ten jednoznacznie wskazuje, że nieznani (na razie) sprawcy albo jechali od strony Dąbrówek lub Augustowa, albo w tym kierunku podążali. Przy (starym i dziurawym) asfalcie w Boskiej Woli kierunek który obrali nie jest już tak łatwy do identyfikacji - ale wydaje mi się że raczej skręcili w lewo, a więc w kierunku Bożego (co pozwalałoby zamknąć kółko, bo z Bożego da się przejechać na Augustów...) - i że byli obciążeni, bo ślad, nim skręcił w lewo, dobił prawie do prawej skrajni gruntowej drogi (i tamże odcisnął się, unikając późniejszego zakrycia świeższymi tropami). Nieco bardziej prawdopodobne jest zatem, że przyjechali z Dąbrówek i pojechali do Boskiej Woli - niż odwrotnie...

Czym byli obciążeni nieznani (na razie) sprawcy? Ano - oczywiście - naszymi słupkami ogrodzeniowymi:


Jak ustalił skrupulatnie licząc pozostałe dziury w ziemi policjant, zginęło nam 21 słupków z grubościennej stali o średnicy 2,5 cala, wysokości 210 cm każdy. Oprócz tego dwa słupki drewniane zostały połamane, a trzy - wyciągnięte z ziemi i porzucone. Osikowe poprzeczki zostały porozrzucane po pastwisku, a sizale - pocięte.

Ponadto, tej samej nocy ktoś połamał (ale nie stało się to na skutek kolizji samochodowej, bo brak tego rodzaju śladów - ktoś więc zrobił to celowo...) naszemu najbliższemu sąsiadowi barierki, którymi oznaczył poprzednio skrajnię skręcającej w tym miejscu drogi, żeby mu nie rozjeżdżano działki:
Niewykluczone, że złożone na samochodzie słupki wystawały z bagażnika i nieznani (na razie) sprawcy, pragnęli zgodnie z przepisami kodeksu drogowego oznaczyć ich kraniec czerwoną szmatą. Takową bowiem znaleźliśmy naprzeciw naszego podjazdu - wczoraj wieczorem jeszcze jej tam z całą pewnością nie było:
W miejscu, gdzie nasze słupki ładowane były na samochód nieznanych (na razie) sprawców - najwyraźniej ustawiali się w poprzek drogi, żeby sobie ułatwić załadunek. Zostawili w ten sposób wyraźny i bardzo charakterystyczny podpis:

Ten sam ślad ciągnie się na całej długości naszej piaszczystej drogi, np. w pobliżu miejsca, gdzie sąsiadowi połamano barierki:
oraz tuż przed wjazdem na asfalt w Boskiej Woli:



Mechanik samochodowy, który zrządzeniem losu mieszka akurat o wylotu naszej piaszczystej drogi na asfalt w Boskiej Woli twierdzi, że o wpół do dwunastej w nocy obudziło go głośne rzężenie benzynowego silnika wyjeżdżającego z naszej strony - był to, jego zdaniem, silnik BMW.

Wnioski? Wnioski jakie wysnułem, są następujące:

1. Jest to najoczywiściej ten sam sprawca, który już raz dokonał takiej samej kradzieży takich samych słupków w styczniu.

2. Absolutnie niemożliwym jest, aby sprawca mieszkał daleko. Nikomu by się nie chciało jechać nie wiadomo jak wielki kawał drogi - w nocy - żeby przywozić jakieś tam słupki ogrodzeniowe.

3. Osobiście uważam, że sprawca/sprawcy potrzebuje tych słupków po to, aby zbudować ogrodzenie. Gdyby chciał je sprzedać na złom - dlaczego nie ruszył 50 takich samych słupków, które mamy po drugiej stronie Wielkiego Padoku, w miejscu gdzie nie tylko od nas, ale i od wsi - absolutnie nic nie widać..? Sprawca zabrał te słupki, które zabrać mu było najwygodniej - bo najwyraźniej regularnie tędy przejeżdża, czy to w drodze do pracy, czy z jakichś innych względów - i tyle, ile mu było akurat potrzebne. Nie rozebrał nawet całej frontowej ściany Wielkiego Padoku - tylko połowę...

4. Uważam też, że sprawca buduje to ogrodzenie właśnie dzisiaj. Po co miałby kraść słupki, gdyby planował budowę dopiero w poniedziałek, czy jeszcze później..?

M. wskazał nam potencjalnego sprawcę - z kryminalną przeszłością, dostatecznie niskim ilorazem inteligencji i rodzinnymi powiązaniami po obu stronach drogi, którą przejechało hipotetyczne BMW (tj. i w Dąbrówkach - i w Boskiej Woli). Na razie jednak - choć mniej lub bardziej dyskretnie przeszukałem podejrzane obejścia - niczego nie znalazłem. Nikt też ani w jednym, ani w drugim miejscu, nie buduje w tej chwili ogrodzenia.

Wszystko jest zatem możliwe. Biorąc pod uwagę wysoce charakterystyczny bieżnik i oczywiste już w tej chwili - upodobanie owego sprawcy/sprawców do cudzej, czyli mojej własności - jest niemal pewnym że wcześniej czy później się spotkamy. A wtedy - boskowolańska gleba wzbogaci się o sporą dawkę cennych substancji odżywczych...

Pod względem prawnym bowiem - sprawcy/sprawcom - prawie nic nie grozi. Z uwagi na nikłą wartość materialną moich słupków (wycenioną przez panów policjantów na łącznie 100 złotych...) - jest to drobne wykroczenie, zagrożone co najwyżej mandatem karnym, jeśli nie upomnieniem. Sprawa z całą pewnością zostanie po niedzieli umorzona. Panowie policjanci zgodzili się co prawda ze mną, że to zaledwie początek dłuższej serii występków - skoro sprawca/sprawcy "zabezpieczył" już słupki, to przecież teraz potrzebuje siatki..! Niewiele jednak mogą zrobić, a prawdę pisząc - to jasnym jest, że nie zrobią nic. Sprawę zatem tak, czy inaczej - trzeba wziąć w swoje ręce.








piątek, 25 maja 2012

Jak niezawodnie wygrać Euro 2012 - patent Lepszej Połowy

1. Bierzemy naszego czarno - białego koćkodana:
tu akurat: śpi snem sprawiedliwego na swojej ulubionej podusi - wczoraj wieczorem, co oczywiście zapisuję kredą na kominie - znowu przyniosła z Lasku myszkę i nawet ją chyba częściowo zjadła - bardzo to staruszkę zmęczyło... aż boję się liczyć: która to z kolei młodość? Aby nie siódma..?

2. Zwijamy czarno - białego koćkodana w zgrabną kulkę przypominającą piłkę (nie pokażę, bo jak tylko Lepsza Połowa wpadła na ten pomysł, koćkodan ukrył się w jakiejś mysiej dziurze...).

3. Podkładamy zwiniętego w ten sposób koćkodana zamiast piłki.

4. W bramce przeciwnika rozsypujemy kocią karmę z Pierdonki - najlepiej z wołowiną, bo strasznie jebie, tfu - intesywnie wonieje (ważne! Nie pomylić bramek! Nie rozsypywać za dużo, żeby karma się skończyła do przerwy!!!).

Efekt: ktokolwiek kopnie piłkę - piłka i tak niezawodnie zmierza w stronę właściwej bramki...


A serio: dawno mnie tak coś NIE obchodziło - jak występ naszej reprezentacji w piłce kopanej - i cała zbliżająca się impreza. Która, jak rozumiem - ma być w zamierzeniu kulminacją rządów Pierwszego Piłkarzyka III RP..? Kij mu w oko...

Na padoku sjesta, fiesta i maniana:



a ja idę podlewać nasze plantacje. Susza jak Dyabli!

wtorek, 22 maja 2012

Fantomowe ciało króla

Książki nie czytałem – ale swoje zdanie mam! ☺ ☺ ☺ Oczywiście: to żart. A książkę chętnie przeczytam – o ile będzie po temu okazja, oczywiście. Natomiast „Wprowadzenie“ czytałem – i do „Wprowadzenia“ jak najbardziej odnieść się mogę – nieprawdaż..?

Tym co bije po oczach w pierwszym rzędzie, jest typowy dla humanisty snującego rozważania o przeszłości nieco bardziej odległej niż ostatnie półwiecze – brak najmniejszej nawet wzmianki o zagadnieniu, który ja osobiście uważam za decydujące w dziejach gospodarczych Europy: o zagadnieniu gnoju! Guana. Nawozu. Obornika. Jak chcecie – tak nazywajcie: jest to jednak problem najbardziej fundamentalny.

Pan Piotr nazwał mnie kiedyś „deterministą geograficznym“. To nie do końca tak! Jeśli jakikolwiek czynnik natury fizycznej uważam za determinujący w najwyższym stopniu historię społeczeństw rolniczych – to jest nim: ich zdolność do utrzymania żyzności ziemi. Kiedy zdolność ta zawodzi – społeczeństwo rolnicze upada. Niezdolność utrzymania żyzności ziemi w krajach klimatu gorącego grozi najczęściej na skutek braku nawodnienia lub zasolenia gleby wywołanego nawodnieniem przeprowadzonym nieumiejętnie. Jako też – cywilizacji które upadły, miast które opustoszały, królestw po których zostały tylko kupy gruzów na skutek jednego z tych dwóch nieszczęść – legion!

W krajach o klimacie nieco chłodniejszym, nie nawodnienie samo staje się problemem centralnym – a możliwość dostarczenie glebie adekwatnej do potrzeb ilości materii organicznej i pierwiastków potrzebnych do wzrostu roślin.

Marginesowo warto zauważyć, że nawodnienie ziemi zbyt suchej – jest przedsięwzięciem o wiele łatwiejszym (mimo, że wymaga działań na wielką skalę, doskonale widocznych, rzucających się w oczy – i stąd skłonni jesteśmy przeceniać skalę wysiłku takich na przykład Nabatejczyków, uprawiających dzięki złożonemu systemowi nawadniającemu oliwki w szczerej pustyni – w stosunku do wysiłku na ten przykład szkockich górali, utrzymujących żyzność swoich połonin dzięki systematycznemu wypasowi owiec i bydła: w rzeczywistości – to Szkoci musieli napracować się więcej!). Stąd też – wykorzystujące różne techniki nawodnienia i dystrybucji wody – wielkie cywilizacje rolnicze najpierw rozwinęły się na gorącym Południu: trwając w stanie chwiejnej równowagi między naporem demografii, a stałym, ograniczonym zasobem wody, determinującym maksymalny poziom możliwej produkcji żywności.

Tymczasem chłodniejsza Północ, jakkolwiek przyswoiła sobie uprawę roli jako taką – problemu jak przywrócić żyzność wyeksploatowanej glebie nie umiała rozwiązać przez bardzo długi czas. Pozostawiano zatem to zadanie siłom samej natury, uprawiając tzw. „gospodarkę wypaleniskową“: pola przenosiły się z miejsca na miejsce, a porzucone – wyjałowione – porastał młody las, który po odpowiednim czasie – znów szedł pod ogień i siekierę. Narzucało to niską gęstość zaludnienia i polityczną decentralizację: brak było warunków do gromadzenia znacznych nadwyżek żywności, potrzebnych dla funkcjonowania większych ośrodków miejskich, czy też – licznej grupy ludzi nie zaangażowanych bezpośrednio w produkcję żywności (elity władzy). Oczywiście, to rówież była równowaga chwiejna – a periodyczne katastrofy powodowały zarówno wahania klimatu (zmieniające czas potrzebny na to, aby młody las odnowił żyzność ziemi, na której rośnie), jak i – presja demografii.

Ludy Północy, do których i my się zaliczamy – stosunkowo wcześnie zaczęły też eksperymentować nad połączeniem uprawy roli i hodowli zwierząt: celowali w tym m.in. Galowie, osiągając znaczną już dzięki temu gęstość zaludnienia i zamożność. Dzięki rzymskiemu podbojowi Galii i Brytanii, możliwy był import na ich tereny technik rolniczych wypracowanych w Egipcie czy w Afryce Północnej. Dopiero jednak połączenie udoskonalonej techniki orki (pług zaprzężony w woły zamiast radła) z hodowlą – pozwoliło wypracować już po upadku Imperium Rzymskiego, gdzieś między VIII a X wiekiem n.e. (tzn.: tak wynika z zachowanych świadectw…) technologię uprawy roli znaną jako „trójpolówka“.


I tu się zaczyna całe nasze nieszczęście, nasza seria „braków“ – o których pisze p. Jan Sowa!

Albowiem trójpolówka niejednakowe daje plony, niejednakową przede wszystkim – pewność, że uda się te plony uzyskiwać w dłuższym okresie – na Zachodzie i na Wschodzie Europy. Linia owego podziału przesuwała się przy tym w ciągu ostatniego tysiąclecia w rytm zmian klimatycznych -  w czasach średniowiecznego „optimum klimatycznego“, urodzaje nad Odrą dorównywały tym nad Renem czy Loarą – w czasach zaś XVII-wiecznej „małej epoki lodowcowej“: i nad Renem częściej gościł głód. Na ogół jednak – granica tego podziału biegnie na Łabie.

Nie pokrywa się zatem z granicą Imperium Rzymskiego (choć jest do niej podobna). Pokrywa się za to (mniej – więcej) – ze styczniową izotermą 0ºC wyznaczającą przestrzeń, do której sięgają (od zachodu i południa) ogrzewane i nawadniane przez Atlantyk całoroczne pastwiska. Tam, gdzie był możliwy całoroczny wypas zwierząt – można było tych zwierząt utrzymać o wiele więcej – można było wyprodukować dość obornika, aby zyskać uzasadnioną pewność utrzymania wysokiego poziomu plonów. Na wschód i północ od tej linii – uprawa roli była przedsięwzięciem o wiele bardziej hazardowym: bydła, owiec, nierogacizny – utrzymywano tylko tyle, ile dało się wykarmić przez zimę słomą lub sianem (brak było innej paszy, którą dałoby się magazynować, ziarno jedli ludzie – i dla nich nie zawsze starczało do nowych zbiorów…).

Tam, gdzie możliwy był całoroczny wypas zwierząt – mamy indywidualnych farmerów, którzy stosunkowo wcześnie zdobywają sobie wolność osobistą i z czasem, skutecznie – pozbywają się przeżytków feudalizmu. Tam, gdzie całoroczny wypas zwierząt nie był możliwy – mamy, co do zasady (tj. – nie bez licznych wyjątków oczywiście…) gospodarkę folwarczno – pańszczyźnianą. Przy czym – nie jest przypadkiem, że do jej krystalizacji poczęło dochodzić właśnie w momencie, gdy klimat zaczął się ochładzać!

Oczywiście: ochładzanie się klimatu było tylko jednym z czynników przyspieszających narodziny folwarku. Drugim był – rozwój miast i dobrobyt Zachodu, a trzecim – inflacja srebra wywołana napływem kruszców z Ameryki (jak wiadomo, inflacja rozprzestrzenia się z pewnym opóźnieniem – Zachodowi, który wszedł w posiadanie nadwyżek srebra wcześniej niż obszary odleglejsze od Atlantyku – inflacja pozwolała przez dłuższy czas „żyć ponad stan“, kupując surowce tam, gdzie tego srebra wciąż było mniej…).

Zachód, jak już wiemy – uzyskiwał o wiele wyższe plony, produkował większe nadwyżki żywności, był w stanie utrzymać większe miasta i liczniejszą, nieproduktywną elitę władzy. Nie jestem zatem przypadkiem, że to tam narodził się kapitalizm, a produkcja rzemieślnicza po kilku wiekach od upowszechnienia się trójpolówki, osiągnęła tak wielką doskonałość, że mimo tej wyższej wydajności – opłacało się (zgodnie z teorią przewagi komparatywnej Dawida Ricardo!) – oderwać od uprawy roli jeszcze trochę siły roboczej – i skierować ją do warsztatów. Owo jeszcze trochę, jakkolwiek wąski to był margines – zdecydowało o tym, że w ostatecznym rachunku: to Zachód, jakkolwiek po dziś dzień wydajniejszy w uprawie roli od Wschodu (choć różnice nie są już tak istotne, o czym poniżej…) – wyspecjalizował się w przemyśle i handlu, a Wschód – w uprawie roli i wydobyciu surowców. Owo jeszcze trochę naturalnie nie byłoby możliwe, gdyby nie było Wschodu – bo choć (tu niewątpliwie rację ma pan Sowa) import polskiego zboża pokrywał ledwo promil czy dwa globalnej konsumpcji Zachodu – to właśnie ów promil czy dwa – okazały się: decydujące!

Powtórzę to jeszcze raz, żeby sprawa była całkowicie jasna: cała przewaga Zachodu nad Wschodem Europy zaczęła się od tego, że Zachód, mając cieplejszy i wilgotniejszy klimat, był w stanie utrzymać więcej zwierząt, produkujących więcej obornika, dzięki któremu pola z większą pewnością dawały wyższe plony.

NIE ISTNIAŁA żadna „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem nim – dzięki połączonym wysiłkom zmyślnych Galów, rozległości rzymskiego imperium, ułatwiającej przenoszenie „egzotycznych“ technologii i roślin oraz zdrowemu rozsądkowi Franków, którzy tego nie rozpirzyli dokumentnie – nie zrodziła się trójpolówka.

PRZESTAŁA ISTNIEĆ owa „obiektywna“ przewaga Zachodu nad Wschodem, gdy – dzięki stopniowej intrudukcji nowych roślin z obu Ameryk i zmyślnej przedsiębiorczości holenderskich i angielskich farmerów – opracowana została nowa technologia uprawy roli – płodozmian, zwany też „czteropolówką“. Płodozmian ZNOSI wcześniejszą, obiektywną przewagę wydajności rolnictwa zachodnioeuropejskiego nad wschodnioeuropejskim o tyle, że po pierwsze – pozwala na utrzymanie znacznie większej liczby zwierząt dzięki wykorzystaniu pastewnych roślin okopowych, wcześniej u nas nie uprawianych, a po drugie – oddaje do dyspozycji rolników znacznie więcej różnorodnych roślin posiadających, dzięki symbiotycznym bakteriom, zdolność wiązania azotu atmosferycznego, a zatem – możliwych do wykorzystania jako „nawóz zielony“.

Tak więc okres, w którym Zachód miał obiektywną przewagę nad Wschodem jak chodzi o produkcję żywności – był tylko momentem. I ten moment już przeminął.

Oczywiście, nie należy ignorować faktu, że obie te rewolucje rolnicze, tj. zarówno opracowanie trójpolówki, jak i wynalezienie płodozmianu – zaczęły się na Zachodzie, na Wschód zaś – zostały przyniesione jako naśladownictwo. W obu też przypadkach, ów „import kulturowy“ wspierany był przez władzę (trójpolówka rozprzestrzeniała się dzięki lokacjom wsi „na prawie niemieckim“ – zaś płodozmian został przeszczepiony do Europy Środkowej nieledwie siłą – tak intensywne i różnorodne były wysiłki państw, by tę technologię upowszechnić…), której interesom ewidentnie służył – w obu bowiem przypadkach: wprowadzenie innowacji oznaczało NAJPIERW więcej podatków i rekruta – a dopiero POTEM (w gruncie rzeczy: jako skutek uboczny…) zdrowsze i bogatsze życie liczniejszej populacji.

Z pewnością „ustawia to“ Wschód w pozycji pewnej psychologicznej zależności od Zachodu i predystynuje go do przyjmowania za dobrą monetę nie tylko takich czy innych technologii – ale wszystkiego zgoła, co tylko Zachód wymyśli. Nie lubię jednak takich rozważań. Dopóki rozmawiamy o gnoju, orce czy jakości sprzężaju – wiemy o czym mówimy, a jeśli nawet nie wiemy – to łatwo możemy ujednoznacznić pojęcia, w ostateczności sięgając po księdza Chmielowskiego definicję ostensywną: koń, jaki jest – każdy widzi!

Natomiast w momencie, gdy zaczynamy dywagować o „wyobrażeniowym“ i „realnym“, o „habitusie“ czy „innym“ – z miejsca otacza nas tuman tak gęsty, że nie tylko drugiego zrozumieć, ale i samemu ubrać w słowa swoje przekonania – trudno, a czasem wręcz niepodobna.

Wszystko co mam do powiedzenia w tym punkcie zatem, to proste stwierdzenie: obiektywna przewaga Zachodu w produkcji żywności – to już tylko i wyłącznie FAKT HISTORYCZNY. Fakt, który przeminął i już go nie ma. Było tak przez tysiąc lat – ale być przestało.

Trwają rzecz jasna w dalszym ciągu SKUTKI tego faktu. O tym jednak, czy ich trwanie jest naprawdę trwałe – porozmawiamy może za lat 20 lub 30. Nie podzielam przekonania pana Sowy, że przewaga „bogatej Północy“ jest niekwestionowana. Nie sądzę też, że trzeba będzie czekać kolejnego tysiąca lat, na odwrócenie skutków poprzedniego tysiąclecia! Nie widzę też powodu, aby zachłystywać się inżynierą genetyczną czy inną „wysoką technologią“. Inżynieria genetyczna to zabawa nader niebezpieczna – i wcale mi nie chodzi o żadne GMO, czy inne strachy na Lachy – a o prawdziwą grozę budzący, choć zapewne nieuchronny pomysł, by zacząć majstrować przy człowieku. Biorąc pod uwagę zagrożenia wynikające z „bomby megabitowej“, czyli takiego przyrostu ilości informacji naukowej, który czyni nieposilnymi próby skorzystania z niej – wcale nie jest pewne, czy ludzie będą tę zabawę w dłuższej perspektywie kontynuować („bomba megabitowa“ powoduje konieczność specjalizacji: cywilizacja nie jest już w stanie rozwijać swojej wiedzy wszechstronnie – i coś trzeba wybrać…). Natomiast lodówki, pralki, żelazka, odkurzacze i meble – będą potrzebne póki ludzkość istnieje. Póki ludzkość istnieje, będzie też musiała jeść. Czy Zachód wygra wyścig z czasem i zdoła swoje wysoce energochłonne, dotacjami rozleniwione rolnictwo przestawić z ropy na jakieś inne paliwo – zobaczymy…

Skutki owego tysiąclecia obiektywnej przewagi Zachodu mogą trwać dalej tylko i wyłącznie pod warunkiem, że zostanie zachowana zasadnicza ciągłość dalszego rozwoju. W obecnych warunkach „reset systemu“ (taki jak np. totalne bankructwo rozłożonego socjalizmem Jewrosojuza – jak wojna czy jakaś nowa „wędrówka ludów“, itp.) może tylko i wyłącznie niwelować różnice zamożności między Wschodem a Zachodem – żadnej bowiem FUNDAMENTALNEJ przewagi Zachodu (takiej, która by była niezależna od ludzkiej woli i wysiłku…) – już nie ma. Czego skądinąd – bynajmniej sobie nie życzę, bo jednak – powiedzmy to sobie szczerze – byłoby to niwelowanie w dół, a wcale nie – w górę.

Tak samo jak nie podzielam moralnych uprzedzeń pana Sowy wobec szlachty i jej folwarku (co prawda – za istnienie owych uprzedzeń ręczy jedynie recenzent, bo tego we „Wprowadzeniu“ nie ma…) – tak też i nie podzielam jego uprzedzeń wobec kapitalizmu. Owszem: tak samo jak niewolnictwo w Nowym Świecie, tak też i nasza gospodarka folwarczno – pańszczyźniana były pewnym „skutkiem ubocznym“, pewnym „rozwiązaniem peryferyjnym“ kształtującego się międzynarodowego podziału pracy. Obarczanie jednak kapitalizmu jakąś „winą moralną“ za to, że trudno było o ludzi do pracy na wirginijskich plantacjach bawełny, a polscy chłopi nawet tej niewielkiej – w promilach globalnej konsumpcji liczonej – nadwyżki zboża jaką Zachód chciał i potrzebował kupić nie byli w stanie wytworzyć – to czysta mistyka!

Pan Sowa zresztą, jak każdy kto w rozważaniach nad folwarkiem pańszczyźnianym pomija problem gnoju – w mistykę musi popaść. Jeśli bowiem problem gnoju pominąć – wygląda cała ta formacja socjo – ekonomiczna jak jakiś monstrualny kacet, w którym dumni Sarmaci spadają do roli obozowych kapo: a czy ktoś bierze na poważnie idee, jakie ewentualnie mogliby na usprawiedliwienie swojej roli wymyślić jacyś tam kapo..?

Podobnie mistyczny charakter mają dalej idące rozważania pana Sowy o polskich „brakach“. W momencie zaś, gdy zaczyna snuć rozważania o „braku państwa“, czy owym „fantomowym ciele króla“ – odpływa ze świata realnego w przestwór niczym nieograniczonej fantazji. Abstrahując kompletnie od konkretnych okoliczności polityczno – ustrojowych, od przypadkowych, a jednak decydujących dla ostatecznego efektu konfliktów osobowości czy osobistych inklinacji tych lub owych graczy politycznych – dojść można do wniosków najzupełniej dowolnych. Zgadzam się przy tym z recenzentem, że pan Sowa idzie – lubo z przeciwnych niejako pozycji ideowych – tropem „szkoły krakowskiej“, która założywszy logiczność i nieuchronność rozbiorów: na siłę owej logiki i nieuchronności szukała w rzekomej ustrojowej słabości I Rzeczypospolitej. Co jest o tyle niebezpiecznym sposobem myślenia – że usprawiedliwia tyranię gosudarstwa tu i teraz (no bo skoro Rzeczpospolita upadła na skutek braku silnej władzy..?).


Osobiście sądzę raczej, że zarówno długi proces chorobowy, jak i ostateczny upadek I Rzeczypospolitej – to raczej skutek serii nieszczęśliwych przypadków i błędów popełnionych przez konkretne osoby w konkretnych okolicznościach (zaczynając od Władysława IV zgubnych fantazji o „wojnie tureckiej“ – a kończąc na Augusta Aleksandra ks. Czartoryskiego rojeniach o koronie dla syna…). Każdy z tych przypadków i każdy z błędów – był niezależny i stąd, o żadnym spójnym, logicznym procesie dziejowym – mówić tu niepodobna. Niepodobna też ŻADNYCH zgoła wniosków na przyszłość z tej smutnej historii wyciągać…

poniedziałek, 21 maja 2012

Skarby Najczcigodniejszego Prezydenta, cz. 2

Mój pierwszy w życiu szef, redaktor naczelny ówczesnej "Gazety Kociewskiej", p. Tadeusz Majewski zwykł powtarzać w przypływach melancholii, że klawe życie to ma naczelny "Tygodnika Parafialnego" - jak nie ma co wstawić na pierwszą stronę, wrzuca tam aktualne czytanie mszalne - i po kłopocie!

Tak i ja mógłbym powiedzieć, że klawe mam życie jako bloger, bo jak nie mam o czym napisać - to wrzucam parę zdjęć koniny i też jest fajnie (po statystykach sądząc - wolicie Państwo takie wpisy, od "problemowych" - więc miałbym - jak sądzę - znacznie więcej odwiedzin, obserwatorów i może nawet - kliknięć na reklamy - gdybym w ogóle nie zajmował się "innymi sprawami", a tylko zdjęcia wklejał... inna sprawa: że mnie to po prostu nie bawi - a płacicie mi Państwo zdecydowanie za mało, żebym miał się Waszymi opiniami i gustami przejmować!). Nie do końca jest to prawdą. Ten tuzin skanów kosztował mnie sporo wysiłku - w ogóle: skanowanie albumów przywiezionych przez Lepszą Połowę postępuje, lubo o wiele wolniej niż bym chciał. Przy tym: trafiłem na tekst, który zapewne zainspiruje mnie wkrótce do napisania czegoś dłuższego. Na razie jednak, chcę się po prostu wywiązać z obietnicy. Tym bardziej że nawet, jeśli będę dawał te skany po tuzinie za każdym razem (mam ich już sporo więcej, ale nie chciałem przesadzić...) - i tak wyjdzie łohohohoooo... i jeszcze trochę - odcinków tego cyklu...

Impreza wczorajsza była bezalkoholowa - a że M. zabił własnego chowu świnkę, a jak wiadomo: świnia chce pić! (już nie będę całego szmoncesu powtarzał, możecie go sobie wygooglać...) - wszyscyśmy się tą abstynencją umęczyli. No cóż: o tym też napiszę kiedyś osobno, bo zjawisko jest nader ciekawe - M., lat dwadzieściakilka - jest zdecydowanie pobożniejszy (WBREW wysiłkom miejscowego proboszcza, o którym doprawdy - trudno dobre słowo powiedzieć...) od swojego świętej pamięci Ojca - i to akurat nie jest zjawiskiem specjalnie dziwnym. Tak być właśnie powinno! Po pokoleniu wolnomyślicieli - sceptyków, przychodzi pokolenie rygorystów - i tak na przemian. Jednak niektóre obserwacje, jakich dokonaliśmy przy okazji uroczystości - nasuwają dość apokaliptyczne wnioski.

Bezalkoholowość imprezy wczorajszej nie przeszkodziła mi dzisiaj zaspać (co zdarza mi się bardzo rzadko) - a potem popaść w nienajlepszy humor mimo doskonałych wszędzie wokół okoliczności przyrody. Miejmy nadzieję że jutro będzie lepiej!
złocisto - bułany ogier Tiebigat, rocznik 1990, po gniadym Telekuszu 2 1014, ur. 1978 (Telekusz 685 - Gaczakczy 1546) z linii Melekusza, od  bułanej Ałasar 1717, ur. 1975 (Angar 685 - Karłangacz 1546).

Wymiary (2002 rok): 160 - 163 - 179 - 19,5 cm

W latach 1994 - 2003 ścigał się 33 razy, zdobył 38 nagród (?).

Rekordy prędkości: 1400 m - 1" 34,8 sek, 1600 m - 1" 47,0 sek, 2000 m - 2" 18,2 sek, 2400 m - 2" 48,9 sek.

W 1995 uznany czempionem rasy. Większość jego potomstwa dziedziczy maść bułaną.

izabelowaty ze złocistym połyskiem ogier Erekdag, rocznik 1990, po kasztanowatym Edenli 1082, ur. 1976 (Kemerli (Kemchan) 890 - Jyłdyrym 1508) z linii Kir Sakara, od bułanej Gjulistan 2148, ur. 1984 (Serdar 1009 - Gjuljajdy 935).

Wymiary: 162 - 162 - 178 - 19,5 cm

W latach 1992 - 2000 48 razy ścigał się w Aszchabadzie, przyszedł na płatnym 24 razy.

Rekordy: 500 m - 30,5 sek, 100 m - 1" 08,2 sek, 1800 m - 2" 06,8 sek, 2000 m - 2" 20,2 sek.

W 1994 uznany za czempiona rasy.W 1996 otrzymał nagrodę za zasługi podczas obchodów Dnia Niezawisłości. W 1996 był też posiadaczem przechodniego pucharu Narodowego Centrum Sportów Konnych. Potomstwo na ogół dziedziczy maść złocisto - bułaną.

bułany ogier Garabek, rocznik 1992, po karym Garader 989, ur. 1977 (Kerwen 894 - Jelsona 1520), z linii Kir Sakara, od gniadej Kiczitaj 2334, ur. 1980 (Gammar 885 - Taijar 1674)

Wymiary (1995): 158 - 159 - 175 - 19,5 cm

kary ogier Kursant 2, rocznik 1992 po karym Garader 989, ur. 1977 (Kerwen 894 - Jelsona 1520), z linii Kir Sakara od karej Garały 2, ur. 1985 (Połotli 914 - Kepiele 1558)

Wymiary (1995): 160 - 163 - 170 - 19,5

Biegał w wieku 2 do 7 lat, wygrał m.in. derby Aszchabadu ("Wielka Aszchabadzka").

Rekordy: 1000 m - 1" 7 sek, 2000 m - 2" 17 sek.

Czempion rasy z roku 1998.

gniady ogier Gokchan, rocznik 2003, po bułanym Goar-17, ur. 1986 (Gowcher 944 - Mienaka - 15) z linii Geliszykli, od karej Tamały, ur. 1992 (Jełbek - Tomasza 2477).

Wymiary: 162 - 160 - 172 - 19,5 cm

Brał udział w 28 gonitwach. Czempion wystawy z 2007 roku. W 2008 roku wygrał zawody o nagrodę "Ruskij argamak" w Piatigorsku.

gniady ogier Gadyr, rocznik 1993, po gniadym Gistar - 12, ur. 1985 (Gowcher 4 - Torgaj 4) z linii Geliszykli, od ciemnogniadej Diusziumli, ur. 1985 (Telegusz 1014 - Dusz 1057).

Wymiary: 161 - 164 - 178 - 19,5 cm

Biegał 41 razy, 5 - 13 - 13 - 3

gniady ogier Gierdenli, rocznik 1994, po bułanym Gadymy, ur. 1988 (Gerden 945 - Sugun 1855) z linii Kaplana, od ciemnogniadej Olimpiady, ur. 1988 (Melekusz 1027 - Ojunczy 1829)

Wymiary (1997): 159 - 160 - 170 - 19 cm

kary ogier Watan, rocznik 1995, po karym Kejmir 2, ur. 1987 (Kerwen 894 - Jelsona 1520) z linii Kir Sakara, od gniadej Wagyz 2164, ur. 1983 (Ałwan 942 - Wjełajat 1444).

Wymiary (2003): 156 - 156 - 180 - 19,5 cm

Występował w sportach jeździeckich.

kary ogier Garaman 2, rocznik 1995, po karym Garaman 990 (Kermek 895 - Fiałka 1689) z linii Posmana, od Etiłmiez 2296 (Gammar 885 - Ełzada 1961).

Wymiary (1997): 155 - 156 - 168 - 18,5 cm

W latach 1997 - 2002 brał udział w 28 gonitwach, 24 razy przyszedł na płatnym.

Rekordy: 500 m - 31,3 sek, 1000 m - 1" 08,7 sek, 1200 m - 1" 20,5 sek, 1600 m - 1" 50,6 sek, 1800 m - 2" 07,7 sek, 2000 m - 2" 19,2 sek.

gniady ogier Jedigaija, rocznik 1995, po karym Gadyrły, ur. 1985 (Garazat 981 - Atłas 1439) z linii Kaplana, od gniadej Jedigien, ur. 1990 (Edenli 1109 - Jetgir 2295)

Wymiary: 157 - 159 - 175 - 19,5 cm

W latach 1997 - 1999 występował 20 razy w gonitwach.

kary ogier Gała, rocznik 1997, po gniadym Eriezgłan, ur. 1990 (Edienli 1082 - Mydar 2233) z linii Kir Sakara, od ciemnogniadej Adżamp, ur. 1989 (Melekusz 1077 - Armanły 2134).

Wymiary (2000): 156 - 161 - 175 - 19 cm

W latach 1999  - 2002 ścigał się 12 razy.

gniady ogier Ojunczi, rocznik 1997, po kasztanowatym Gumry, ur. 1990 (Goklien 983 - Duszumli 2274) z linii Kir Sakara, od karej Orchidei, ur. 1992 (kary Kełlieli, ur. 1981 - kara Ałkata 6  ur. 1986).

Wymiary (2002): 158 - 156 - 170 - 18,5 cm

Rekordy: 1000 m - 1" 5,9 sek, 2000 m - 2" 17 sek.


niedziela, 20 maja 2012

Króliczek, czyli konsekwencja

Jak opowiada Lepsza Połowa: ledwo zdążyłem wyjechać z gospodarstwa, jak wyrwało ją z łóżka donośne rżenie. Od zeszłego roku "wdrukowane" mamy, że jak ktoś rży - znaczy się, ucieczka! Tymczasem, nic z tych rzeczy. Nikt nie uciekł. Wręcz przeciwnie. W tym miejscu, po lewej (z punktu widzenia widza), gdzie na zdjęciu (zrobionym już po moim powrocie, półtorej godziny później...) stoi Maleństwo, o:
na słomie, której słuszny wiecheć rzuciłem czterokopytnym po śniadaniu (licząc się z tym, że może pojedziemy na giełdę razem - i wtedy może się nam trochę zejść...) - pasie się... sarna! Zdaniem Lepszej Połowy, tak z 60 kg jak nic miała...

Sarna się pasie, a trzy gracje zajmując całą długość wiaty, blokują jej drogę ucieczki:
Przy czym Buba (Osman Guli) rży rozgłośnie i denerwuje się, że gość zamiast oderżeć w odpowiedzi - tylko słomę szamie. Tu proszę, Buba:
 i z otwartymi oczyma:
Lepsza Połowa twierdzi, że i ten jeden jedyny neuron, którym kiedyś posługiwał się nasz Bubol - gdzieś się w trakcie seksu zgubił. Przepowiada mi też minimum pół roku katorżniczej pracy - nim uda się go odnaleźć...

Lepsza Połowa odsunęła swojego konia (pięknego i dzielnego) - i sarna, bardzo przestraszona jej pojawieniem się - uciekła do Lasku.

Oczywiście - jak tylko usłyszałem tę historię, zaraz począłem wyrzucać kobiecie: czemu nie łapała dzikiego zwierza - w końcu to delikates! Jak pomyślę przy tym, co tu się przez te trzy lata za międzygatunkowych orgii powyprawiało, gdy myśmy nic nie zauważali... To dodając jedno do drugiego - chyba trzeba sobie jaką procę sprawić..?

Poza tym, że się Państwu poskarżę: trudno jest fotografować nasze konie! Chyba że śpią.  Bo jak już się obudzą - zaraz lezą do człowieka i domagają się drapania i głaskania. Dotyczy to w szczególności Groźnego Samca:
Musiałem się schronić w (prawie pustej - tylko trochę słomy jeszcze trzymamy) magazynowej części wiaty, żeby mi aparatu nie zlizały.

A jak nie liżą dwunoga - to liżą się między sobą. Słitaśnie tu jak na "farmie różowych kucyków", błeee...
W związku z czym - jeśli ktoś z Państwa dysponuje śpiworem względnie namiotem - i chciałby nam ulżyć trochę w ciężkiej pracy polegającej na zaspokajaniu emocjonalnych potrzeb naszych czterokopytnych - to serdecznie zapraszam: wedle prognozy, ma już być tylko cieplej i cieplej!

W ogóle - przyznam, że nie pamiętam piękniejszej wiosny. Jakby nie długi (komornik nie rychliwy, ale kiedyś przecież do nas trafi...) i awarie - nie zdołałbym chyba wyjechać z Boskiej Woli do żadnej pracy - powietrze pachnie tak cudnie, że rozkosz oddychać, ptaszęta kwilą w kwadrofonii (tylko to kukułyszcze - i okazjonalnie kruki - wywołują harmonii złamanie...), przymrozek zabrał nam wprawdzie oprócz bazylii także wszystkie pomidory i większość ogórków - ale za to wygląda na to, że zapoczątkowana w noc tego feralnego przymrozku eksperymentalna uprawa pewnych innych roślin (szczegółów nie zdradzam, co by nie zapeszyć - jak się uprawa zakończy, opowiem o niej osobno...) ma się dobrze - czego chcieć więcej..?

Dzisiaj zaś - czeka nas impreza. Komunijna dokładnie. Właśnie dlatego wyjeżdżałem rano - na giełdę, po prezent. Prezent chrupie w tej chwili słomę w kocim kontenerze, a Lepsza Połowa mimo swojej alergii już mnie pyta, kiedy zbuduję klatkę dla naszych własnych królików. Córce sąsiada kupiłem jedną samiczkę - żeby praktycznie było: jeśli im się spodoba, może to być początek hodowli (mieli już kiedyś króliki) - a jak nie, to jedna sztuka jest na tyle niezobowiązująca, że zawsze można podtuczyć i zjeść.

Nie namawiam do naśladownictwa - w mieście taki prezent jest o wiele mniej praktyczny - ale tutaj: niczego lepszego, co by jednocześnie było w granicach naszych możliwości - nie wymyśliliśmy.

W każdym razie: jadąc dziś po króliczka doszedłem do wniosku, że wbrew pozorom - jest ze mnie całkiem konsekwentny kawał człowieka. Na ten przykład o tej eksperymentalnej uprawie pewnej rośliny po raz pierwszy rozmawialiśmy z M. prawie rok temu, na chrzcinach jego ostatniego (jak na razie - bo kolejne już w drodze...) potomka. Rozmawialiśmy, jak to rodacy przy wódce - a jednak: co zapowiadałem - wykonałem...

Zapowiadałem też wczoraj Państwu, że założę na forum wątek o Mieszku przyjmującym judaizm zamiast chrześcijaństwa. Co wykonałem prawie od ręki - tyle, że któryś z moderatorów, wbrew zwyczajowi nic na ten temat nie pisząc - wątek prawie od razu zamknął. Jak dla mnie - jest to oczywisty dowód panującego na forum antysemityzmu (bo nawet słów w gębie, czyli w klawiaturze zabrakło, żeby zamknięcie pierwej uzasadnić - a zwykle, nim do tego dochodziło, dawano założycielowi 24 godziny na ewentualne "lepsze uzasadnienie" założeń...). Czuję, że powinienem się obrazić... nie wiem tylko - czy mi konsekwencji do tego wystarczy..?

Treść wątku, jakkolwiek uboga, bo krótka, dostarcza jednak pewnego materiału do przemyśleń. Otóż tezy pani Małgorzaty Klunder, które wczoraj przywoływałem, nie należą wcale do żadnej "historiografii genderowej", jak raczył jeden z użytkowników napisać - tylko właśnie: stawiają sprawę w dotychczasowym piśmiennictwie stojącą na głowie - z powrotem na nogi. Utrwalony - i z podziwu godną konsekwencją broniony przez większość użytkowników - stereotypowy obraz Mieszka, czyni z niego statystę w stylu wieku XVIII: zimnego racjonalistę, który w żadne tam pogańskie bogi, a mniej jeszcze - w nowego Boga chrześcijan nie wierzy, a tylko kalkuluje, co mu się politycznie bardziej opłaca.

Nie wiemy jak to dokładnie było z Mieszkiem. Jednak Jagiełło, który cztery i pół stulecia później stanął przed podobnym wyzwaniem - z całą pewnością był człowiekiem głęboko wierzącym: nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości. Nie lubiący go Długosz specjalnie, co by swojemu bohaterowi "dokopać", podał nam bowiem cały katalog guseł i przesądów, którym król do końca swych dni hołdował - z całą pewnością nic na tym politycznie ani wizerunkowo nie zyskując, a może nawet i tracąc, bo oczywiście - były to gusła i przesądy pogańskie. Jagiełło - jak można sądzić - nie miał najmniejszych wątpliwości, że istnieje "świat nadprzyrodzony" - gdzie owszem: Bóg chrześcijan jest niewątpliwie najsilniejszy - ale gdy tylko odwróci oczy, roi się też i od pomniejszych istot, zawsze jednak: nad wyraz dla człowieka groźnych, stąd lepiej zwady z nimi nie szukać bez potrzeby (słynne: Panu Bogu świeczkę - a Dyabłu ogarek).

Dla współczesnego, wykształconego umysłu postawa Jagiełły (jakkolwiek powszechna wśród "prostego ludu" także i dzisiaj...) jest trudna do zaakceptowania, niełatwo się weń "wczuć". Łatwiej za to - stworzyć sobie wyimaginowany obraz "księcia - filozofa", który z pełną premedytacją, dla politycznych korzyści, poddaje swój kraj obcemu Bogu. Brak źródeł zaś - kreowaniu tej wyimaginowanej figury przeszkodzić nie jest w stanie. Chyba nawet Kościół uległ tej sugestii - boż zwyczajem było kanonizować władców którzy państwa swoje chrzcili nawet jeśli gorsze przedtem i potem popełniali zbrodnie niż wyciągnięcie jednej ładnej saskiej mniszki z klasztoru (co było "winą" Mieszka...) - a w tym przypadku: do kanonizacji nie doszło....

Mimo, że - sądząc po standardach epoki (a po czym innym sądzić można - przy braku źródeł?) Mieszko przechodzący na judaizm pod wpływem jakiejś hipotetycznej "Rywki" - to byt o kilka rzędów wielkości bardziej prawdopodobny, od "Mieszka - zimnego statysty", jakiego nam tradycyjna historiografia i przywiązani do niej koledzy na forum malują.

Cóż - wszystko się kiedyś kończy. Być może właśnie - dobiegł też końca mój pobyt na forum historycy.org? Prawdę pisząc - taki tam ostatnio wysyp gimnazjalistów - analfabetów żądających, żeby za nich prace domowe odrabiać i chwalących się niechęcią do czytania książek - że aż mi nie żal...

Tymczasem - idę podlać moje roślinki i szykujemy się do kościoła. Króliczek, ciągle w kontenerku - zostanie pod dyskretną opieką Wielkiej Miłośniczki Małych Futrzaków:



Wielka Miłośniczka, mimo swojego emerytalnego wieku i licznych, typowych dla rencistki przypadłości - przyniosła wczoraj wieczorem z Lasku ryjówkę:


zapisuję niniejszym "kredą na kominie" - bo jednak nie jest to zdarzenie zwyczajne i codziennie - odkąd mieszkamy w Boskiej Woli, koćkodan upolował już kilka gryzoni: większość w domu - z zewnątrz od bardzo dawna niczego nie przyniosła (co innego Krystyna: ta eksterminuje po kilka dziennie...).

Tyle, że pogryźć zdobyczy nie mogła, więc zostawiając ją nam wpół żywą: oddaliła się z powrotem w heroiczny mrok Lasku:



sobota, 19 maja 2012

Gdybologia stosowana i niestosowna

Odkryłem wczoraj w gronie Moich Wiernych Obserwatorów nową postać – i nowego blogera zarazem. To zawsze cieszy. Jak mówi Zbigniew Herbert w wierszu „Boski Klaudiusz“:

dodałem do alfabetu nowe znaki i dźwięki
Rozszerzyłem granice mowy to znaczy granice wolności


Na samym początku pani Ludka (występująca też pod pseudonimem „Biała i Złota“) podaje nam zasmucającą jeremiadę przeciw Kościołowi, Matce naszej. Nie jest to wcale pogląd nowy, ani oryginalny: po raz pierwszy doczekał się publicznego sformułowania w okolicach powstania kościuszkowskiego i III rozbioru – zdaniem bowiem ówczesnej radykalnej lewicy, czyli tzw. „polskich jakobinów“, za upadkiem państwa naszych odległych przodków stała ich ciemnota, konserwatyzm i obskurantyzm, czego oczywiście – winny był Kościół. Nie minęło wiele czasu, a ta „linia narracyjna“ uległa radykalizacji: już nie tylko tego Kościół był winien, że Sarmaci popadli w ciemnotę, konserwatyzm i obskurantyzm, ale wręcz – sam fakt dokonania rozbiorów był skutkiem intryg Watykanu. Nie bez wpływu na takie postrzeganie rzeczywistości pozostała słynna encyklika Grzegorza XVI, przez wielu Polaków odebrana jako potępienie powstania listopadowego…

Póżniej, tzw. „ultramontanie polscy“ (dość wąska grupa ziemian, o tyle znacząca, że mając na to środki – byli w stanie zaznaczyć się w tzw. „obiegu wydawniczym“, zarówno oficjalnym, jak i podziemnym: politycznie NIC z nich do naszych czasów nie dotrwało, wszystkie bowiem aktualnie istniejące i zasiadające w Sejmie partie wywodzą się genetycznie od owych „polskich jakobinów“ z czasów Kościuszki) próbowali to odinterpretowywać twierdząc, że Grzegorz XVI bynajmniej co innego miał na myśli niż potępianie „świętego Powstania“. Dowodzi to nie czego innego – jak tylko terroru jaki nad umysłami sprawowała wówczas rewolucyjna lewica. Ja bowiem powstanie listopadowe potępiam jeszcze gwałtowniej niż Grzegorz XVI (choć może niekoniecznie – z dokładnie tych samych powodów…).

W każdym razie – ów zradykalizowany pogląd, wedle którego to „intrygi Watykanu“ spowodowały bezpośrednio rozbiory – nie ostał się w historiografii, nawet radykalnej. Jest po prostu nazbyt już bzdurny! W końcu: ileż to dywizji ma papież..?

Generalna linia „historycznej narracji“ naszej rewolucyjnej lewicy jednak, obok zaciekłego i często ślepego na fakty (natury ekologiczno – ekonomicznej), o czym wiele już tu pisałem, potępiania w czambuł feudalizmu, folwarku pańszczyźnianego, szlachty i jej rzekomego „warcholstwa“, itp. – jak najbardziej, obejmuje też utyskiwanie na ten „ciemny, zacofany i ograniczony Kościół rzymski“.

Ostatnim wybitnym pisarzem historycznym tworzącym w tym nurcie był Leon Lech Beynar, znany szerzej jako „Paweł Jasienica“. Maniera ta zmusiła go wręcz do popadnięcia w sprzeczność: o ile bowiem (zgodnie ze stałą tendencją wszystkich pisarzy lewicowo – rewolucyjnych) zwykle bierze stronę władców dążących do zwiększenia osobistej władzy kosztem „ciemnej szlachty“ – to wyjątek robi dla Zygmunta III Wazy, bo „klerykalny“. Konsekwencją tej retorycznej napaści pisarza świetnego, a poczytnego – jest do dziś pokutujący przesąd, jakoby za upadek I Rzeczypospolitej odpowiadała „kontrreformacja“ (i jakoby nieszczęsny Zagmunt III Waza był „nietolerancyjny“… pewnie dlatego, że trzymał protestanta jako osobistego sekretarza i powoływał, po dawnemu, protestantów do Senatu Rzeczypospolitej..?).

Lepsi ode mnie już się z tym przesądem rozprawiali. Nie chcę tu zresztą wchodzić w nazbyt szczegółowe analizy – i tak, zdaniem Państwa piszę przecież zbyt rozwlekle. Długie dyskusje na temat prawdziwości lub nieprawdziwości opinii Jasienicy – można sobie zresztą znaleźć na forum, gdzie wątek o Zygmuncie III Wazie jest jednym z najobszerniejszych.

Dlatego chciałbym przejść do meritum sprawy, czyli do kwestii: lepiej by nam było bez Kościoła – czy nie..? Bo takie właśnie pytanie stawia przecież pani Ludka…

Pięknie kiedyś pisała o decyzji Mieszka I pani Małgorzata Klunder, czyli „Peregrinowa Tukowa“ - polecam Państwu lekturę. Co do mnie, to skupię się na tradycyjnym, czyli czysto polityczno – cywilizacyjnym ujęciu problemu.

Zacznijmy od generaliów. Oczywistą oczywistością jest, że pogląd Kościoła na temat prawa i moralności jest inny od mojego – Kościół bowiem uważa, że Prawda Objawiona, powinna się bezpośrednio i konsekwentnie przejawiać także i w obowiązującym prawie stanowionym. O ile bowiem – w sytuacji prześladowania – cnotliwie jest nadstawić drugi policzyk, o tyle – gdy się już ma władzę – niecnotliwie jest narażać „maluczkich“ na pokusy błędu. Błędy zatem – należy sprzed oczu maluczkich usuwać. W taki, czy w inny sposób. Także razem z błądzącymi, jeśli inaczej się nie da.
 


Pogląd ten został w pełni i konsekwentnie wyartykułowany całkiem niedawno, bo właśnie gdzieś tak w okolicach pontyfikatu wspomnianego już Grzegorza XVI – kiedy to Kościół stanął w obliczu otwartej konfrontacji z „postępem“ i „nowoczesnością“, przejawiającą się także w haśle „tolerancji“. Zdaniem ówczesnego Magisterium – „grzesznej tolerancji“ – bo jakże można tolerować błąd a nie poprawiać go..?

Szybko też, bo po ledwo stukilkudziesięciu latach (jak na skalę kościelną to jest mgnienie oka…), począł się Kościół rakiem z tego stanowiska wycofywać – aż przyszło do głoszenia z ambony tej samej tolerancji, która wcześniej była z niej wyklinana. Za szybko to poszło! I stąd ten dysonans, wrażenie że Magisterium się zmienia – a przecież: nie powinno…

Inna sprawa, że – czego na ogół wierni nie dostrzegają, szczególnie w Polsce – ta zmiana nie ze wszystkim jest dziełem Szatana. Po prostu: w ciągu tych stukilkudziesięciu lat Kościół z pozycji pana i władcy dusz – zszedł do katakumb. Globalnie w tej chwili Kościołowi „opłaca się“ głosić tolerancję – bo też sam jest ledwo tolerowaną mniejszością, której fizyczny byt zależy od dobrego humoru władców tego świata. Nie jest to sytuacja dla biskupów i nędznych resztek ich licznej ongiś trzódki – komfortowa. Oto odprawia się nabożeństwo we wspaniałej katedrze – widomym symbolu dawnej potęgi – a wiernych tylu, że pomieściliby się w zakrystii. Gdyby jeszcze zburzono te wspaniałe katedry, gdyby nie kłuły w oczy swą przebrzmiałą chwałą – łatwiej by może było o heroizm, o bezkompromisowość, a też i o prawdziwe „przystosowanie się“ do nowoczesności. Ale uprawianie „katakumbowego“ chrześcijaństwa, gdy ciągle ma się do dyspozycji (fakt, że na ogół tylko w przerwach między oprowadzaniem wycieczek…) wspaniałe katedry – poważnie w zajęciu takiej pozycji przeszkadza. „Ustawia“ też Kościół w pozycji kustosza jakiegoś strupieszałego muzeum. Ot – jak Piękno potrafi szkodzić Dobru, nieprawdaż..?

Niezależnie od takich czy innych różnic w postrzeganiu rzeczywistości – i niezależnie, przede wszystkim od tego, że sam jestem co najwyżej dobrym przykładem tego, jak katolik w życiu osobistym postępować nie powinien – nie kopie się leżącego! A Kościół leży na obu łopatkach i ledwo zipie. W Polsce też – tylko jeszcze tego nie widać: są jednak pewne i łatwe do rozszyfrowania oznaki. Takie moralne zero, taki śmieć, taka szmata jak Palikot – nie zaczynałby „walki z Kościołem“ – gdyby nie czuł woni padliny. Sępy zlatują się nad trupem. Nazbyt łatwo jest stroić się w piórka „obrońcy tolerancji i wolności sumienia“ – gdy mniemany owej „tolerancji i wolności“ przeciwnik – o Kościele nadal mowa – nawet palcem nie jest w stanie ruszyć. To jest „heroizm“ tak tani – że aż obrzydliwy. I dlatego właśnie – uważam tego rodzaju gdybologię za wysoce niestosowną.

Oprócz niestosowności, ma jednak gdybologia, czyli historia alternatywna pewne swoje niezłomne zasady. Najbardziej fundamentalną zasadą „gdybylogii stosowanej“ jest tedy – szukanie analogii. Co by się stało – pytamy – gdyby władcy Polski nie przyjęli chrześcijaństwa? Jakie by to miało skutki dla ich poddanych?

Otóż – nic tu nie trzeba wymyślać! Po sąsiedzku miał Mieszko Słowian i pogan, którzy w swoim pogaństwie wytrwali – do końca. Mówię o Wieletach: konfederacji plemion skupionych wokół ośrodka kultuowego w Radogoszczy. Jak widać z obszernego artykułu w Wikipedii – radzili sobie do czasu całkiem nieźle i potrafili nawet nielicho pogonić Niemców. Ani chybi – dzięki opiece Swaroga – czy jak tam się ich bóstwo nazywało, bo to akurat – nie jest pewne.

Przyjmując tezy pani Małgorzaty Klunder, dochodzimy do nader ciekawych, swoją drogą wniosków. Otóż – z całą pewnością nie brakowało katechumenów i wśród Wieletów (ostatecznie wszyscy się nawrócili przecież…). Ponieważ jednak nie było u nich władzy książęcej – to żaden z nich nie był w stanie dać dobrego przykładu większości pobratymców – a naturalnym było, że spotykał się z opozycją kapłanów, na tyle silnych jako „lobby“ – że w warunkach demokracji wiecowej zmiana wyznania „publicznego“ (a chociażby tylko dopuszczenie tolerancji dla stanowiących mniejszość chrześcijan) nie wchodziła w grę. Jest to – jak dla mnie – mały plusik dla „demokracji wiecowej“ (bo skrajnie konserwatywną się być okazuje – naturalnie o ile, jak u Wieletów właśnie, jest to demokracja ograniczona tylko do „wolnych i zbrojnych“ głów rodów…) – ale duży plus dla monarchii (bo pozostając co do zasady konserwatywną – nie jest konserwatywna ślepo i czasem potrafi zdobyć się na innowację…).

Tymczasem w Polsce wystarczyło, że nawrócił się – a niechby i pod wpływem miłosnego kunsztu doświadczonej podobno w tym względzie czeskiej księżniczki – jeden tylko człowiek: książę – i dalej: poszło z górki…

U sąsiadów Wieletów z północnej części Połabia – Obodrzyców – władza książęca była. I też Obodrzyce w pewnym momencie – lubo później niż Polacy – przeszli na chrześcijaństwo, a ich ród książęcy zachował władzę i chyba nawet (nie jestem pewien – a nie chce mi się sprawdzać…) istnieje do dziś: to byli (niemieccy jak najbardziej) książęta Meklemburgii.

Jak widać więc – przyjęcie chrześcijaństwa samo w sobie nic nie miało wspólnego z germanizacją. Germanizacji ulegli zarówno pogańscy do końca Wieleci/Lucice, jak i nawróceni w pewnym momencie Obodrzyce – nie ulegli zaś jej Polacy (przynajmniej – nie wszyscy…) nie dlatego, że się nawrócili na chrześcijaństwo, tylko dlatego – że po prostu mieszkali za daleko. Przynajmniej – za daleko jak na możliwości wieku XII, kiedy to dopełnił się los Wieletów. Bo już w stuleciu następnym – Krzyżakom do Prus wcale za daleko nie było!

Co by było zatem, gdyby Dobrawa była gorsza w igraszkach na niedźwiedzich skórach (łóżek to chyba jeszcze nie mieli? Nie jestem pewien…) – i Mieszko I nie nawróciłby się na chrześcijaństwo? Sądząc po Obodrzycach właśnie – nic. Nawróciłby się jego syn albo wnuk, albo prawnuk – to kwestia Prawa Wielkiej Liczby (księżniczek na niedźwiedzich skórach) i niczego więcej! Musiałoby to pogaństwo minimum do początków XIII wieku dotrwać, zanim jakaś istotniejsza różnica jak chodzi o nasze dzieje polityczne by się pojawiła – a to już dość nieprawdopodobne.
 


Owszem, mogłoby być ciekawie, a nawet śmiesznie, gdyby któryś z naszych książąt posiadł na niedźwiedziej skórze na ten przykład Żydówkę – i, wzorem Chazarów z nadwołżańskich stepów – przeszedł na judaizm. Fajna opcja – aż chyba taki wątek na forum założę!

Jeszcze śmieszniej by było, gdyby któryś z arabskich kupców przyjeżdżających do Gniezna (swoją drogą – jest hipoteza, że Gniezno Mieszko założył dopiero PO swoim chrzcie – bo mu niezbyt bezpiecznie było rezydować w dawniejszej, a dziś już zapomnianej stolicy, gdy „wiarę przodków“ zdradził…) po blondwłose niewolnice (główny towar eksportowy Piastów w tamtym czasie – rywalizowali zresztą z Przemyślidami z czeskiej Pragi o udział w arabskim rynku – jak ten świat się jednak niewiele zmienia przez wieki, a nawet – tysiąclecia, nieprawdaż..?) – nawrócił go na islam. To też być może – dokładnie w taki sposób zostali nawróceni na islam chanowie Złotej Ordy.

Jak więc widać – opcji jest kilka, wszystkie w miarę sensowne – ale jednak: z czysto statystycznego punktu widzenia (biorąc pod uwagę liczbę chrześcijańskich księżniczek baraszkujących na niedźwiedziej skórze do ogólnej liczby księżniczek na tejże skórze baraszkujących…) – cud się nie wydarzył, bo zwyciężyła opcja stosunkowo najbardziej prawdopodobna. Zaś konsekwencje tego faktu – są przez historyków na ogół przeceniane. Lud polski do tej pory jest w głębi swych trzewi pogański – a przynajmniej: pogańską kieruje się etyką. O czym już pisałem i może – jeszcze coś napiszę..?

piątek, 18 maja 2012

Boska Wola, 7.00 rano

No, może 7.15. W każdym razie: wyszedłem wywiesić ręcznik po porannym prysznicu - i zastałem widok skądinąd typowy i wiele razy już tu Państwu pokazywany. Za każdym razem jednak, pośniadaniowa sjesta naszych czterokopytnych, nieodmiennie mnie rozczula:


Jak widać: samiec osobno i w pewnym oddaleniu od haremu:

Skoro już wygrzebałem aparat i pomoczyłem chodaki w porannej rosie - a pierwszy taki słoneczny poranek dziś mamy od kilku dni - to i naszym roślinkom strzeliłem fotki. Dla dokumentacji. Państwu, żeby nie nudzić, tylko kilka pokażę. Oto nasza cebula (sam sadziłem jak Lepsza Połowa w Aszchabadzie bawiła!):
A to linia "Kiwaczków" (na samym końcu - pojedyncza żurawina):
Oprócz trawy i chwastów, intensywniej odbijają także pożyteczne rośliny, które dawniej rosły na terenie, obecnie zmienionym w "ogródek na miarą naszych możliwości" (po prawdzie, to dalej obsialiśmy ledwo połowę jego powierzchni...). Mięta i chrzan:

Wczoraj dzień był niełatwy. Większość "godzin roboczych" spędziłem biegając z lampami LED po "Mokotów Business Park". W drodze powrotnej do domu, podjąłem sadzonki, które nam omyłkowo przysłano na adres zameldowania (pokazuje się na przelewie), a nie do Boskiej Woli. Zdążyłem je jeszcze wieczorem - rzutem na taśmę - wsadzić, pieląc pierwej ten fragment ogródka. Sadzonki, mimo że mieliśmy nad ranem przygruntowy przymrozek - w większości chyba już podniosły głowy:


Padła za to bazylia Lepszej Połowy na spirali ziołowej (w głębi po prawej - i tak zresztą nic nie widać, poza rabarbarem - mutantem, obficie kwitnącym). Tu: pomidory wsadzone w większości w sobotę, w czasie deszczu.
Oraz szpieg z krainy deszczowców (Lepsza Połowa podpowiada zza ramienia, że raczej z "krainy dreszczowców", a może nawet i "dresowców" - masz dresy, to od razu oddasz...) na tle zagonu ogórków:
Na koniec: zdjęcie tylko dla dorosłych. Nasz Król, oprócz tego że ma dyspozycji swój harem, lubi  od czasu do czasu, hmm... pobawić się sam ze sobą:
Skądinąd - czy to aż takie niezwykłe albo dziwne..?

Co nieco jestem rozbity. Jak już skończyłem wczoraj pielić i sadzić, wydając z niejakim opóźnieniem kolację wszystkich czworonogom - pojawił się jeden z sąsiadów. A jakże! Z czteropakiem! Po co? Po to, żeby mu ogłoszenie o sprzedaży samochodu w necie umieścić. Zeszło się trochę. Za to - jakby ktoś z Państwa potrzebował części samochodowych - to mogę mieć. Jakie chcecie...
Related Posts with Thumbnails